Te wszystkie rzeczy, których powstanie zależy tylko ode mnie

Przez większość życia byłam nieobecna.

Wróciłam do siebie jako wieloletnia emigrantka wewnętrzna i rozpakowuję. Z zaskoczeniem oglądam to, co mnie dotąd w miarę urządzało, stare meble, ściółka sprzed sezonów, jeden język wstecz, spóźniona jak większość tutejszych kobiet o całe jedno pokolenie, polszczyzna-och-nie-uda-ci-się.

Te wszystkie rzeczy, których powstanie zależy tylko ode mnie – boję się ich. Nadal. Ale czuwam nad sobą, trenerka niezupełnej bezradności, uczę się akceptować własny lęk i słabość, wyjaśniam sobie, że życie nie jest pasmem moich sukcesów, tylko migotaniem pomiędzy klęskami, najważniejsze: niech mi to nie przeszkadza w życiu.

Ja, ta pełna lęku malarka pustego obrazu, śmieszna z tak długo uniesionym pędzlem. Z największym wysiłkiem robię obrys, kontur. Wypełniam po drobnym kawałku. Z trudem oswajam samodzielne powoływanie rzeczywistości do istnienia. Powstają niezbyt ładne szkice. Jest nieidealnie. Brodzę w nieskończonym, podpisując wszystko z przedrostkiem [możliwość-].

Ale jestem kliszą, która zawiera wszystko, co potrzebne, muszę się tylko wywołać. I chociaż nie wychodzę z ciemni na byle pierwsze zawołanie, a procedura jest więcej niż żmudna, ważne, aby ją powtarzać.

Wydaje się tu u mnie coraz surowsze rozporządzenia losu, więc nie jest to najlżejszy grudzień w moim życiu. Powtarzam sobie jednak: najwięcej szkody wyrządziła mi moja długotrwała nieobecność, podczas gdy u innych był już ich własny kacper, melchior i baltazar, na corocznym odnawianiu przyjścia. Ludzie odrastają, gdy zrobią drobny remont światła, a we mnie stale coś dogasało, może miałam za mało uczuć dla samej siebie? Teraz kocham wiernie samą siebie. Kocham nawet-taką. I tak, we wszystkim własnym muszę wziąć udział, już nie stenotypistka ani sekundantka, nie lokaj, nie coś w tle, co wybucha brakiem, muszę być w sobie samej osobiście, zostać.

Kłopot być może brał się stąd, że niepewna własnej wartości, wyspecjalizowałam się w byciu lustrem cudzych oczekiwań, szło mi tak wspaniale, że aż nie byłam w stanie dać już niczego więcej, śliwka wyjedzona w środku przez osy. Dlatego własna prośba o większą samodzielność, potrzebę niebycia pod cudze dyktando, opór – zaprowadziła mnie z powrotem do siebie, z siebie się nie wraca, dom jest właśnie tutaj.

Odrosło mi trochę własne zdanie. Codziennie boję się, że to coś zbyt małego, że przetrwa tylko jeden wieczór, ale chyba jednak zostanie na dłużej, nienajgorzej po zupełnej pustce. Robię sobie test lubienia, wykrywam miejsca, w których nie jest mi wszystko jedno, ani zrób-jak-tobie-wygodniej. To dopiero jest lawina porzuceń siebie. Odławiam lubienie.

Wyjmuję też latami trzymane w mailach wiersze, wysyłane do siebie ważne zdania i połyskliwe widoki, podszewka własnego widzenia, ponawiam kontakt z samą sobą.

Kto wie, może z czasem wrócą mi marzenia.

[Porcelana by Mélanie Bourget]

1 Comment

  1. Anna Matysiak says:

    Wiesz – trudno mi mówić z pretensją do absolutnego obiektywizmu, ale to, co pisałaś do tej pory, to jest coś ogromnie wartościowego. Chodzi mi o to, że czytając Ciebie, miałam wrażenie obcowania z obrazem nasyconym. Może był nasycony niedosytem (jakkolwiek paradoksalnie to brzmi) i poszukiwaniem, a może bólem, ale… mówił coś ważnego o człowieku w jego kondycji, o mnie też. Nie odbierałam tego jako „wstępu do bycia”, ale jako „bycie” po prostu, z jego mocą.
    Piszę z gorączką i chorobą, więc może nieskładnie…

Komentarze są zamknięte.