Oddaję się temu, co moje, w stanie niepogorszonym

Na zdjęciu zawsze udaję smutniejszą, znowu szybka Gelsomina do subiektywu, to wyszczupla kości policzkowe.

Od kwietnia codziennie robię sobie zdjęcie. Mam ich kilkaset. I nie usuwam żadnego. To mój wieczorek zapoznawczy ze sobą. Zbliżyłam się do siebie. Zobaczyłam się w najgorszych chwilach. Nie odwróciłam oczu od siebie, kiedy grunt pod nogami okazał się długim spacerem po dnie, zbudowałam tam dla siebie szałas i donosiłam jedzenie. Wciąż tam zresztą mieszkam. Ale okopana w sobie.

Jestem każda. To ja. Za kilka dni skończę czterdzieści lat. Nadal z zapałem marzę o tym, kim zostanę w przyszłości. Mam dwie kapitalne córki. Osiemnasto- i dziewięcioletnią. Są wspaniałe. Niezwykłe. Własne. Dostaną mnie teraz więcej. To dobrze. Ja też dostanę siebie więcej. Nie jestem kobietą sukcesu, jestem kobietą podnoszącą głowę wysoko, z zagryzionymi ustami. Postanowione z samą sobą, że między każdą mną a mną – sztama.

Jestem osobą z natury i kultury wesołą i życzliwą. Nic nie poradzę na to, że bardzo lubię ludzi. Lubię ich poznawać, znać, chętnie poznam całą dzielnicę, kraj, kontynent. Mogę iść i rozmawiać z ludźmi z przystanków, kiosków i straganów. Niosę nierejestrowany reportaż z samej siebie. Składam donosy z nieistotnego.

Czytam, robię okłady z książek na głowę.
I piszę. Tyle.

Jest mi ogólnie dobrze, oddaję się temu, co moje, w stanie niepogorszonym.