Świat drobnej śmierci zostawiający siebie na później

Chciałabym wreszcie odpocząć.
Tygodnie świtów i braku snu.
Lato jest tylko zapachem ogrodów przy willach, które od dawna śpią, kiedy wracam z pracy. Pierwszy rok bez choćby skrawka łąki i czasu. Muszę znaleźć jedno i drugie. Jestem z kalendarza roślin, wiem, co teraz robi ziemia, której nie mogę dotknąć. Wiem, co teraz przekwita, owocuje, zasycha. Wiem co z tego będzie i kiedy. Mijam cudze ogrody, przeczuwam zapach pni drzew czereśniowych, mech, kora, żywica. Życie.

Jestem gdzie indziej.
Chce mi się patrzenia na niebo i kwiatów.
Najdrobniejszych.

Dziki powój o pudrowym zapachu.
Kąkol.
Maki jak krepa.
Zapach chabrów.
Łodygi.
Deszcz, rosa, rozbielanie widoku o świcie.
Jezioro. Gęste w nocnej kąpieli.
Czarny bez.
Trzmielina, zawiązki głogu.
Dojrzewanie. Wszystko w swoim czasie, z błahą kulminacją. Pestki, beztroskie sianie. Świat drobnej śmierci zostawiający siebie na później.

Łąka jak sierść planety.
Poleżeć. I głaskać.
Wyświetlać sobie chmury, błękit, burzę.
Zbierać.

Przynieście mi kwiaty.
Proszę.